„Chciałem cię zabić!”

Długo stał na korytarzu, przestępował z nogi na nogę, schodził trzy stopnie niżej, aby za chwilę powrócić pod same drzwi. 

Wcześniej wielokrotnie widział tą scenę w wyobraźni. Czuł jak naciska klamkę, wchodzi do środka…Dalej nie starczało mu już odwagi by przewidywać co się stanie.

Teraz wreszcie stał przed tymi drzwiami. Przemógł chęć ucieczki i był tu…Uniesiona w górę dłoń lekko zadrżała.

W końcu mruknął coś do siebie, przełknął ślinę i nacisnął dzwonek.

Otworzył mu wysoki, niemal równy mu wzrostem mężczyzna, miał bujną szpakowatą czuprynę i głębokie bruzdy pod dużymi, niebieskimi oczami. Jego nieogolone policzki były blade jak u człowieka, który jest bardzo zmęczony.

  -  Dzień dobry, jestem... - zaczął

  -  Wiem kim jesteś – przerwał mu starszy mężczyzna i krótkim gestem dłoni zaprosił go do wnętrza mieszkania.

Z korytarza wyjrzały dwie zaciekawione twarze ślicznych dziewcząt, bez skrępowania patrzyły mu prosto w oczy.

  -  Moje córki – na twarzy gospodarza pojawił się wątły uśmiech.

Weszli do przestronnego pokoju. Był  pełen słonecznego światła i ciężkich, staromodnych mebli. Smugi światła wydobywały obraz wirowania drobinek kurzu, które kłębiły się tuż nad podłogą.

Usiedli przy przedwojennym dębowym stole.

  -  Palisz? - starszy mężczyzna wyciągnął ku niemu paczkę czerwonych Marlboro.

  -  Nie, dziękuje – odruchowo pokręcił głową.

Rozległ się trzask zapałki i starszy chciwie zaciągnął się papierosem.

Słyszał jak dziewczyny cicho szepczą za drzwiami, nie był jednak w stanie złowić sensu ich ożywionego trajkotania.

Przybysz miał ściśnięte szczęki, z trudem przeciskały się przez nie słowa.

Ukradkowo spoglądał na szpakowatego gospodarza i musiał przyznać, że za młodu musiał być bardzo przystojny. Jeszcze teraz jego twarz zachowała harmonijne, szlachetne rysy.

Córki urodę odziedziczyły zapewne właśnie po nim.

Pokój był urządzony ze smakiem, regały z tysiącami książek, masywne biurko, na którym stała prawdziwa lampa od Tiffany ego. 

Młody sam robił szklane witraże, teraz potrafił więc rozpoznać precyzyjne, ręcznie wykonywane, łączenia różnokolorowych kawałków barwnego szkła.

W tym pokoju królował człowiek, który dobrze wiedział czym jest wyrafinowanie i dobry smak.

  -  Chciałem cię zabić! – powoli uniósł twarz, tak aby dojrzeć wyraz źrenic człowieka, który siedział naprzeciw.

Szpakowaty mężczyzna zgarbił się, ale ani na moment nie opuścił wzroku, wytrzymał jego spojrzenie.

W pokoju zaległo ciężkie milczenie. Nawet drobiny kurzu sprawiały wrażenie jakby na moment zastygły w swoim bezrozumnym tańcu.

Miast oczekiwanego przerażenia dojrzał jak gospodarz spogląda na niego z rosnącym zaciekawieniem. Czuł jak dyskretnie omiata go ciepłym spojrzeniem, wpatruje się w jego twarz, przygląda się jego dłoniom. Coś w myślach precyzyjnie szacuje.

Czytał jego ostatnią książkę. Wzruszała go i przez to jeszcze bardziej go nienawidził.

Przez wiele nocy przewracał kolejne kartki, aby chwilę potem rzucać nią z rozmachem o ścianę i międlić w ustach najwulgarniejsze przekleństwa.

Nienawidził tej patetycznej, napuszonej frazy, nie mógł znieść pewności z jaką on wypowiadał swoje ostateczne sądy. Gdyby wtedy był w pokoju obok z całą pewnością dźgnął by go nożem i spokojnie spoglądał na krew, która sączyłaby się z rany.

Zapamiętał nawet fragment, za który najbardziej go nienawidził:

„Brat Andrzej wiedział, że umrze – skromnie, bez komunikowania tego komukolwiek i rozgłaszania o nadchodzącej nieuchronności, czekał na ostatni moment. Uśmiechał się jak człowiek pogodzony nie tylko z opuszczeniem swojej doczesnej postaci, ale także rozliczony ze wszystkim co w życiu zrobił i pomyślał, że wszystkim czego kiedykolwiek pragnął i czego nigdy nie osiągnął. Nadchodząca śmierć przynosiła mu poczucie coraz większej i coraz bardziej  bezwarunkowej wolności”.

  -  Pieprzony obserwator! – młody czytelnik warczał w myślach, wspominając opis ostatnich chwil brata Andrzeja.

Gospodarz nadal palił papierosa i ciągle patrzył na niego, tak jakby starał się zapamiętać najdrobniejszy szczegół jego wyglądu. Wyglądał jak człowiek, który chce się nauczyć tego co widzi, wbić sobie ten widok w najbardziej wytrzymałe struktury pamięci.

Głosy dziewcząt za drzwiami dawno już umilkły, znudzone zapewne poszukały sobie bardziej stosownej dla ich wieku rozrywki.

W wypełnionym już wieczornym półmrokiem pokoju nagle rozległy się słowa przybysza:

  -  Matka nigdy mi o tobie nie opowiadała Gdy byłem małym chłopcem mówiła, że zginąłeś w wypadku samochodowym, tuż przed moim narodzeniem. - młodzieniec przerwał i nerwowo powstał z fotela.

Zaczął krążyć po rozległym pokoju, aż w końcu zatrzymał się tuż przed oknem.

Gospodarz widział teraz jego barczyste plecy obrysowane gasnącym światłem dnia.

  -  Kiedyś, jak byłem już w liceum, znalazłem wasze zdjęcia ze studiów. Wtedy powiedziała mi prawdę. - młodzieniec zaśmiał się nerwowo.

  -  Wtedy dowiedziałem się, że żyjesz. Była bardzo dumna, ale wymusiłem na niej aby opowiedziała mi całą prawdę.

Gospodarz niepewnie podniósł się ze swojego fotela.

  -  Nie, jeszcze nie teraz! – warknął przybysz.

Ciągle stał przed oknem wpatrując się w pierwsze zapalone latarnie.

  -  Jeszcze ja chcę mówić!.

  -  Ale ja....-

  -  Jeszcze chwila! – przybysz ponownie brutalnie mu przerwał.

  -  Wiem, że nie wiedziałeś. Dałeś jej przecież pieniądze na skrobankę, a potem zniknąłeś.

Nigdy więcej jej nie zobaczyłeś.

  -  Pięć lat temu napisała do mnie list.- głos gospodarza był spokojny i cichy, brzmiał jak bardziej chropawa wersja tembru młodzieńca

Młody mężczyzna odwrócił się zaskoczony.

  -  List?

  -  Tak. Napisała do wydawnictwa. Opisała mi ciebie, twoje studia...

  -  Zmarła dwa miesiące temu – młodzieniec znów mu przerwał, tym razem jednak jego głos nie był już tak zimny jak kilka minut wcześniej.

Podszedł do fotela i znów usiadł naprzeciw gospodarza.

  -  Nie wiedziałem, że cię znalazła. Szukałem wśród waszych starych znajomych ze studiów. W końcu dowiedziałem się, że wyjechałeś do Łodzi, że założyłeś rodzinę. Przez te wszystkie lata życzyłem ci śmierci. Modliłem się, aby Bóg zesłał na ciebie śmiertelną chorobę, uderzył cię nieszczęściem. Przez te wszystkie lata nienawidziłem cię najmocniej jak tylko potrafiłem.

  -  Wiem – szpakowaty mężczyzna znów skurczył się w ramionach.

  -  Skąd ty to możesz wiedzieć?!

Przyjechałem tu... - młody głos zawisł na chwilę w powietrzu.

Zaskoczony gospodarz dostrzegł łzy w jego oczach.

  -  Przyjechałem tu, aby cię przeprosić, aby …

  -  Przeprosić? – stuknął się dłonią w czoło

  -  Tak i prosić byś mi wybaczył.

  -  Ja tobie?!

  -  Tak..

Starszy mężczyzna ukrył twarz w dłoniach, jego plecy zadrgały w bezgłośnym szlochu.

 

***

 

Kiedy z wielkiego okna na powrót zaczęły sączyć się pierwsze promienie porannego słońca, młody mężczyzna wstał i pocałował gospodarza w dłoń.

  -  Dziękuję – 

- To ja dziękuję.

  -  Wyzwoliłeś mnie z więzienia mojej bezsenności – dodał widząc pytające spojrzenie młodzieńca

  -  Od dwudziestu lat nie mogłem spać. Myślałem o dziecku, które się nie narodziło, o jego małych rączkach, ustach, sercu. Potem, pięć lat temu, gdy dowiedziałem się, że jednak istniejesz, dziękowałem Bogu, napisałem tą książkę, a teraz przyniosłeś mi wolność.

Młodzieniec cicho przeszedł przez korytarz, dziewczyny spokojnie spały w swoim pokoju.

Zamknął drzwi najciszej jak umiał i lekko zbiegł po schodach.

 

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
1 + 4 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.