Rzeczy pierwsze: odwaga i strach

Spotykam ludzi, którzy twierdzą, że były takie okresy w naszej historii, gdy odwaga była w cenie, a teraz nikt już na nią nie zwraca uwagi.

Ależ bzdura, szkodliwa bzdura, bo rozgrzeszająca tchórzy!

Po pierwsze czasy zawsze są takie same, zawsze bowiem wymagają od nas wyboru pomiędzy wygodną przeciętnością, wtopieniem się w tłum i nie prowokowaniem niczyjej uwagi, a śmiałością wypowiadania swojego zdania, nawet wtedy, gdy taka praktyka przynosi same dolegliwości życiowe. Słowem: nigdy nie było czasów, które uwolniłyby nas od trudnego i bolesnego wyboru pomiędzy odwagą i strachem.

W teoretycznej dyskusji wielu mądrych twierdzi, że odwaga cechuje jedynie głupców, natomiast ci lepiej przystosowani, mądrzejsi, potrafią się wtopić w główny nurt i spokojnie – bez niepotrzebnych dolegliwości -  z nim płynąć.

 Ta druga postawa potrafi zresztą sama się rozgrzeszyć – przecież można płynąć spokojnie w głównym nurcie i nie robić nikomu świństw, czy krzywdy.

Tacy spokojni ojcowie, cenieni fachowcy, ludzie zadowoleni z własnych osiągnięć w ogóle nie zawracają sobie głowy dylematem wyboru pomiędzy strachem i odwagą. Jeśli natomiast kogoś, w ich otoczeniu, spotykają nagle represje za to, że szukał prawdy i nie chciał zrozumieć „życiowych konieczności” i „normalnych kompromisów”, to ci dobrzy ludzie po prostu pozostają bierni, nie angażują się w taką sytuację.

Przecież angażowanie się w awanturę niczego dobrego przynieść nie może.

Mam znajomego, który ma zwyczaj zawsze reagować, gdy w jego otoczeniu dzieje się coś niepokojącego. O dziwo nie ma zbyt wielu przyjaciół i w – w swoim środowisku – określany jest opiniami pełnymi ironii.

Kiedyś zapytałem go, czy nie ma ochoty – choć raz – pozostać biernym wobec draństwa, pomyśleć: a może tym razem ktoś inny zareaguje.

Spojrzał na mnie jakby zobaczył złego ducha. Tak mi to wyjaśnił:

- Kilka razy byłem świadkiem jak w autobusie ktoś zaczepiał kobietę, zwykle był to człek pijany lub niezbyt dobrze świadomy. Kiedy reagowałem, okazywało się że nie tylko nie stwarzał większego zagrożenia, ale po prostu ustępował szybciej niż by tego wymagały nawet argumenty. Wtedy widziałem wokół siebie pełne wyrzutu spojrzenia. Jak śmiałem wyłamać się z przeciętności?

Przecież moja reakcja stawała się mimowolnym wyrzutem sumienia, dla wszystkich wokół, tych którzy udawali, że nic się nie dzieje, nic specjalnego nie zauważają. – te słowa zapamiętałem, bo doskonale oddają istotę naszych codziennych kapitulacji.

Gdy mój ukochany Ziuk Piłsudski prowadził swoich strzelców na wojnę towarzyszył temu chrzęst pospiesznie zamykanych okiennic. Od Krakowa do Kielc nie znalazło się zbyt wielu odważnych, którzy poparliby jego „szaleńczy” – jak wówczas w Galicji sądzono – projekt.

Gdy – latach trzydziestych - spoglądał na wypełnione „weteranami” krakowskie Błonia gryzł wąsa w ironicznym uśmiechu i półgłosem pytał sam siebie: a gdzież wy wtedy byliście?!

Lubimy bohaterów…ale martwych.

Takich , którzy nie są nam w stanie sprawić już kłopotu.

I nieprawdą jest, że kiedyś to bohaterowie rodzili się na kamieniu, a teraz nam czasy spsiały. Po prostu nasze wypisy z historii skupiają się tylko na wystrzałach energii, pięknych postawach, bohaterstwie – to utrwala się w naszej zbiorowej świadomości. Jednak i wtedy i dziś odsetek konformistów, miłośników cuchnącego ciepełka, ludzi „bojowych” w sensie w jakim opisywał ich Stefan Kisielewski ( „bojowy”, to znaczy bojący się wszystkiego – śmiał się „Kisiel”), był taki sam jak dziś.

Konformiści nie przechodzą do historii – to prawda banalna. Miłośnik „świętego spokoju” może jednak rezolutnie dodać  do niej następne zdanie:

- Może i do historii nie przechodzą, ale przeżywają.

Prawda. Czy jednak stają się nieśmiertelni?

 Nie. Po prostu śmierć dopada ich trochę później, w mniej malowniczych pozach. I tchórze i bohaterowie sprzed lat solidarnie dziś leżą w grobach.

Ktoś zapyta: a drogi moralisto od siedmiu boleści, czy ci bohaterowie, leżą w ziemi inaczej, bardziej komfortowo niż zdrajcy, zaprzańcy, czy po prostu przeciętni konformiści?

Historia pamięta o wielkich czynach, istnieje jednak takie bohaterstwo na co dzień. Bohaterstwo czerpiące swoją siłę z modlitwy. Bohaterstwo, które nie jest naszą de facto zasługą.

Każdy z nas jest podszyty strachem, instynktem przetrwania, konformizmem wobec tłumu, skłonnością do chodzenia łatwą drogą i unikania nieprzyjemności.

Czy jednak nasza spokojna deklaracja – jestem katolikiem!, nie obliguje nas do niczego?

Dlaczego tak wielu katolików obawia się dziś powiedzieć: tak, wyznajemy jedyną objawioną religię, dzięki Chrystusowi mamy pewność, że kroczymy drogą prawdy!

To takie nietolerancyjne, ba…znajdą się nawet komentatorzy, którzy obarczą taką deklarację cechą nienawiści, braku poszanowania wobec innych.

Żyjemy w czasach, gdy pociski nie świstają nad naszymi głowami, gdy nie trzeba konspirować i ukrywać się w katakumbach, a jednak czasem tak trudno – nawet w czasie przyjemnej imprezy z przyjaciółmi – przyznać się do tego, że chcemy aby Chrystus nas prowadził.

Nie moją rolą jest snuć katechetyczne rozważania. Dawno jednak zrozumiałem, że strach pochodzi od złego, on chce nas obezwładnić, skłonić do kapitulacji zanim jeszcze dojdzie do prawdziwej próby.

Strach psuje nam życie, plącze język, zabiera pewność sądzenia…w konsekwencji niszczy nasze poczucie własnej wartości. Jeśli czujemy się mało warci, łatwo godzimy się na draństwa i kompromisy i z niechęcią spoglądamy na tych, którzy zachowali wewnętrzną siłę, aby się temu przeciwstawić.

Nie lubimy ich, często nawet – złośliwie czekamy, aż powinie im się noga. Wtedy napełnia nas taka satysfakcja, do której – nawet przed samymi sobą – się nie przyznajemy.

Tacy jesteśmy, ale przecież każdy z nas może to w sobie zgnieść, przezwyciężyć. Pewnie polegając tylko na sobie będzie to niesłychanie trudne, ale przecież nie musimy liczyć tylko na własny potencjał. Przecież jest Ktoś, kto daje nam siłę. Potrafimy sami siebie zaskoczyć – czytałem pamiętniki i wspomnienia wielu osób, które – w swoich czasach – uchodziły za heroiczne.

Prawie każdy z tych autorów podkreślał fakt, że w momencie gdy dokonywał czegoś niezwykłego sam zaskakiwał siebie, nie wiedział skąd to się w nim bierze… no właśnie.

Teraz już chyba rozumiecie o co mi chodzi.

Moment próby jest takim samym zwykłym zdarzeniem, jak wszystkie inne, które nas spotykają. Czasem tracimy czujność, uwagę – zauważamy go dopiero po niewczasie. Czasu nie można powrócić, ale siebie możemy zmienić. Początkiem jest jednak zawsze stanięcie w prawdzie – przyznanie się do własnego tchórzostwa, nie chowanie się za okrągłymi sformułowaniami.

Czasem więcej dowagi wymaga przecież publiczne przyznanie się do błędu, strachu, złego wyboru niż nawet jakiś paroksyzm desperacji, który inni określą jako bohaterstwo.

Prawdziwa odwaga jest świadoma, polega na raz na zawsze dokonanym wyborze pomiędzy strachem i godnym życiem. Tego  wyboru – jak pisał Jerzy Liebert – musimy jednak dokonywać codziennie.

To najbardziej istotne rozstrzygnięcie w naszej biografii, ono przesądza czy idziemy w strumieniu szarych postaci z okutymi głowami, czy też śmiało czekamy na to co nas spotka, świadomi tego, że w swoich wyborach pozostajemy sam na sam z prawdą.    

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
6 + 2 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.