Zbrodnia, która ma być politycznym zamachem

Czy na zbrodni można zbudować polityczną narrację? Czy zbrodnia może być potraktowana instrumentalnie i służyć do zaostrzenia cenzury w przestrzeni publicznej?

Okazuje się, że w rękach polityków nawet najbardziej tragiczne wydarzenie może mieć swój „walor” i być użyte do niszczenia politycznych przeciwników.

Uwaga – w ostatnich dniach – publiczne zadawanie takich pytań może być potraktowane jako rozpowszechnianie „mowy nienawiści”. 

Żal i szok po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza szybko obracają się w paliwo do rozpętywania nagonki na tych, którzy nie prezentują poglądów, z jakimi utożsamiany był zabity polityk. Co więcej, atmosfera już tak zgęstniała, że nawet rozsądni ludzi obawiają się publicznie wypowiadać, aby nie stać się celem nienawistnego ataku ze strony tych, którzy krzyczą o potrzebie wzmożenia ścigania za tzw „mowę nienawiści”.

Obawiam się, że smutne i tragiczne wydarzenie, które miało miejsce w Gdańsku, przez wielu polityków i komentatorów traktowane jest z trudno ukrywanym entuzjazmem jako mord, który może posłużyć do wzmożenia ich politycznej akcji. Swoisty szantaż sprawia, że zmarłemu przyznawana jest nadrealna chwała. Jego pochówek w gdańskiej Bazylice Mariackiej traktowany jest jako naturalna kolej rzeczy i nikt (poniekąd słusznie) nie śmie tego kwestionować, podczas gdy… pochówek pary prezydenckiej na Wawelu do dziś – przez środowiska hagiografujące Adamowicza - jest wyszydzany i kontestowany. Czy śmierć zatem może być okazją do politycznej ofensywy i wykorzystania podwójnych standardów oceny?

„Mowa nienawiści”

Na kanwie brutalnej zbrodni odżyła dyskusja na temat zwalczania tzw „mowy nienawiści”. Według definicji, sformułowanej przez Radę Europy, termin ten opisuje „wypowiedzi, które szerzą, propagują i usprawiedliwiają nienawiść rasową, ksenofobię, antysemityzm oraz inne formy nietolerancji, podważające bezpieczeństwo demokratyczne, spoistość kulturową i pluralizm”.

Pomijając fakt, że jest to definicja wysoce ideologiczna (o czym za moment), to jednocześnie zaproponowana przez Radę Europy formuła jest po prostu (celowo?) nieprecyzyjna, pozwala bowiem na dużą swobodę interpretacyjną. Prawo, które musi być precyzowane i dointerpretowywane z samej swej natury rodzi podejrzenia, że ktoś będzie je traktował instrumentalnie i wykorzystywał do rozprawy z ideowymi przeciwnikami. 

Ideologiczność tego zapisu bardzo wyraźnie objawia się w tym, że wymienione są tu szczególnie niepożądane zachowania: rasizm, ksenofobia i antysemityzm, a już na przykład nienawiść wobec najbardziej prześladowanej dziś w świecie religii chrześcijańskiej zawarta jest w ogólnikowym sformułowaniu: „inne formy nietolerancji”, przy którym znajdują się sprytnie dopisane warunki interpretacyjne: nienawiść wobec chrześcijaństwa musi bowiem „podważać bezpieczeństwo demokratyczne” – czyli jeśli (zdaniem interpretatorów) nie podważa owego bezpieczeństwa, to jest dopuszczalna i uzasadniona np. „wolnością słowa”. 

Taka forma prześladowania musi także „naruszać spoistość kulturową i pluralizm”. Z reguły zatem agresja wobec  wymienionego już chrześcijaństwa, jako forma prześladowania, zawsze może być uzasadniona „pluralizmem opinii”, jakże przecież pożądanym w „demokratycznym społeczeństwie otwartym”. Co innego z wymienionymi konkretnie formami „mowy nienawiści” – te już in statu nascendi mają być zwalczane i penalizowane.

Unijna definicja zawiera zatem ukryte przesłanie wyraźnie pokazujące z czym unijni urzędnicy będą w rzeczywistości najbardziej gorliwie walczyć, widać w niej także jakie formy nietolerancji będą przez nich lekceważone i uzasadniane „wolnością wypowiedzi” i „demokratycznym pluralizmem opinii”.

Oczywiście zwalczanie wszelkiej – także słownej – agresji jest powinnością państwa, czy jednak stworzenie definicji „mowy nienawiści”, która niewiele ma wspólnego ze zdrowym rozsądkiem i powszechnym doświadczeniem, służy polepszeniu dobrostanu społeczeństwa, czy też jest sprytnym narzędziem służącym do narzucenia większości obywateli zawoalowanej formy cenzury.

Wróćmy na polski grunt…

W telewizji publicznej zawieszony został ostatnio dziennikarz Michał Rachoń, ukarano go za materiał satyryczny zamieszczony w prowadzonym przez niego programie. Znaleziono w tym materiale „możliwe elementy antysemickie”. W tym samym czasie w tzw „show Michała Wojewódzkiego” prowadzący pozwolił sobie na wypowiedź o tej treści: „jak pójdzie(Macierewicz przyp. W.G.) do klubu ze striptizem to nawet dziwki będzie pytał o Smoleńsk”.Ta wypowiedź nie wzbudziła żadnych komentarzy i reperkusji ze strony choćby Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Przytoczone sytuacje wyraźnie pokazują jak stosowane jest przeciwdziałanie „mowie nienawiści” w polskiej praktyce. Standardy – jak widać – są różne, w zależności od tego kogo dotyczą.

Histeria czy świadomie budowana atmosfera?

Histeryczne wypowiedzi atakujące TVP, ataki skierowane – w mniej lub bardziej zawoalowany sposób – na polityków prawicy, szczególnie na Jarosława Kaczyńskiego, to tylko niektóre przykłady rozdymanej ponad rzeczywistą miarę atmosfery po morderstwie dokonanym w Gdańsku. 

Pomimo faktu, ze sprawcą mordu był wyraźnie zaburzony psychopata, to właśnie rządzącej dziś prawicy coraz śmielej przypisywana jest odpowiedzialność za ten mord. Zabójstwo prezydenta  Adamowicza wykorzystywane jest jak swoisty knebel dla środowisk niepodległościowych i prawicowych – bo przecież w powszechnej narracji „Gazety Wyborczej”, TVN i polityków takich jak Andrzej Celiński, czy Dariusz Rosati, to właśnie te środowiska nieomal bezpośrednio ponoszą odpowiedzialność za zabójstwo prezydenta Gdańska. 

Nawet manifestacja, jaka odbyła się 14 stycznia – w dość jawnym przesłaniu – odwoływała się do kontekstu „politycznego mordu”, nieprzypadkowo bowiem spod Pałacu Kultury i Nauki skierowała się pod gmach „Zachęty”. To było czytelne nawiązanie do, dokonanego 16 grudnia 1922 roku, zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza. Tamten mord – jakkolwiek dokonany przez niezrównoważonego psychicznie Niewiadomskiego -  odbył się w atmosferze nagonki politycznej ze strony endeckiej prasy i polityków. Zabójstwo dokonane w Gdańsku nosi znamiona działania samotnego mordercy, któremu właściwie było wszystko jedno kogo zamorduje, chciał jedynie aby zabójstwo odbiło się szerokim echem w całym kraju. Mimo starań wielu ideologów opozycji w gdańskiej zbrodni nie sposób odnaleźć dziś choćby śladów atmosfery i emocji z 1922 roku, pomimo tego pomiędzy tymi zdarzeniami buduje się wyraźne analogie. 

Teraz osoba tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska podnoszona jest do rangi najważniejszych postaci polskiego życia politycznego w ostatnim okresie, wydaje się że proces ten ma bardzo wyraźny cel – obarczenie rządzącej prawicy bezpośrednią winą i związanym z tym odium społecznym.

Fakt rzeczywistych proporcji publicznego istnienia Pawła Adamowicza i okoliczności jego śmierci nie ma przy tym najmniejszego znaczenia.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
8 + 0 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.